|
|
"Cyganka to nie Hamlet" - o łódzkiej premierze "Carmen" pisze Jacek Marczyński
|
 |
Polskie opery próbują ratować swe nędzne budżety wystawiając się na sprzedaż zagranicznym impresariom. Wiąże się to wszakże z pewnym ryzykiem, nigdy nie wiadomo, jaki rodzaj artystycznego produktu ów kontrahent stworzy z polskim partnerem. Doświadczył tego właśnie Teatr Wielki w Łodzi.
Znany od dawna polskim dyrektorom agent z rynku holendersko-niemieckiego zamówił u łodzian "Carmen", którą już przed premierą zakontraktował na 28 zagranicznych prezentacji. On też przywiózł ekipę realizatorów. Ich doświadczenie operowe jest skromne, ale teatralne - przynajmniej w materiałach promocyjnych - prezentuje się interesująco, skoro reżyser grywał osobiście i Hamleta, i króla Edypa. No, ale hiszpańska Cyganka okazuje się postacią bardziej skomplikowaną niż duński królewicz.
Łódzka "Carmen" przystosowana jest do podróży. Nie ma piętrowych dekoracji i hiszpańskich sukien z licznymi falbanami, wymagających oddzielnych kufrów przy pakowaniu. Miłosny dramat rozgrywa się tu w okolicznościach umownych, scenografię ograniczono do kilku prostych znaków. Paniom muszą wystarczyć proste sukienki, panom garnitury lub skórzane kurtki. Tak też można wystawić klasyczne dzieło operowe. Współczesny kostium i dekoracyjna umowność mogą nawet mocniej wydobyć uniwersalny charakter tej opowieści o namiętności prowadzącej do zagłady, a przed którą nie sposób się obronić. I w niejednej już inscenizacji na świecie robotnice z fabryki w Sewilli przywdziewały zwykłe robocze fartuchy, a zalecający się do nich mężczyźni wyglądali tak, jakby na scenę weszli wprost z ulicy. Pod tym względem łódzka inscenizacja nie jest ani specjalnie odkrywcza, ani bulwersująca.
Im skromniejsza oprawa, tym bardziej jednak operę trzeba zbliżyć do teatru, a emocje bohaterów muszą być bardziej wyraziste. Z łódzkiego, statycznego spektaklu wieje zaś nudą, ponieważ nie ma w nim uczuć. Jakże beznamiętna jest scena, w której Carmen habanerą kusi Don Josego i w podobnej temperaturze wszystko przebiegnie do tragicznego końca. Poddał się nawet dyrygent Lukas Beikircher, który chyba bał się wybić na plan pierwszy. Poprowadził orkiestrę sprawnie, ale muzykę Bizeta potraktował jedynie jako ilustrację kolejnych obrazów.
Do głównych ról impresario zaangażował artystów zagranicznych. Galia Ibragimowa (Carmen) i Ernesto Grisales (Don Jose) mogą się poszczycić mocnymi głosami, ale oboje nie bardzo wiedzą, jak ów dar natury wykorzystać. Brakowało temperamentu, a może talentu i muzykalności, by pokazać, kim są bohaterowie opery. I tak powstała pierwsza chyba "Carmen", w której papierowa i nijaka Micaela, snująca się po scenie za Don Jose, miała w sobie więcej życia niż tytułowa bohaterka. To już zasługa Doroty Wójcik, która nie tylko świetnie śpiewała, ale stworzyła wiarygodną postać zakochanej dziewczyny. Nie należy podejrzewać, że dopomógł jej w tym reżyser.
Jacek Marczyński - "Rzeczpospolita"
|
 |
|