JOSÉ VAN DAM - NARESZCIE W WARSZAWIE!
Jose van Dam podczas koncertu w Warszawie
foto: Juliusz Multarzyński © 2003




To był pokaz wielkiego mistrzostwa na najwyższym światowym poziomie.
Jakże rzadko zdarza się nam mieć kontakt z artystą, który tak dalece i z tak absolutną pewnością panuje na wszystkimi elementami prawdziwej estradowej sztuki. Nie tylko bowiem piękny i nadal wspaniale brzmiący głos, nie tylko znakomita, bezbłędna wręcz technika wokalna, ale także podziwu godny profesjonalizm wyrażający się w głębokim zrozumieniu muzyki, którą wykonuje, w subtelnym podkreślaniu jej immanentnych cech stylistycznych przy jednoczesnym zachowaniu całkowicie własnego wizerunku interpretacyjnego.
Najpierw więc jakże ważny, pierwszy kontakt z publicznością, pozyskanie jej aprobaty od pierwszych taktów wykonywanego cyklu pieśni Roberta Schumanna Dichterliebe (Miłość poety). To niezwykle trudne zadanie we wspaniałej skądinąd ale niewdzięcznej akustycznie, wielkiej sali Warszawskiej Opery Narodowej. Aby stworzyć prawdziwie kameralny nastrój, bezpośredni, bliski kontakt ze słuchaczami konieczny do odbioru romantycznej frazy muzyki Schumanna i jej subtelnych związków z poezją Heinricha Heinego, potrzeba nie lada mistrzostwa. José van Dam osiągnął to w całej pełni wspólnie z pianistą Maciejem Pikulskim znakomicie podążającym za jego myślą interpretacyjną. Cykl Dichterliebe w wykonaniu José van Dama brzmiał miękko, subtelnie zróżnicowany nastrój poszczególnych pieśni pozbawiony był nadmiernych przerysowań, nadmiernych wybuchów emocji, a jednak niezwykle wyrazisty.
Druga część recitalu to demonstracja mistrzostwa i profesjonalizmu innego rodzaju, to trudna sztuka przeniesienia na estradę koncertową tego wszystkiego co zawierają w sobie bogate sylwetki postaci scenicznych wyrażanych jedynie poprzez arie wyjęte z bogatego operowego kontekstu. Ile potrzeba wiedzy i aktorskiego talentu, aby stworzyć i zróżnicować te postacie na estradzie koncertowej tylko za pomocą frazy muzycznej i precyzyjnie, z aptekarską wręcz dokładnością cyzelowanego gestu czy mimiki twarzy. Jakże często bowiem śpiewacy zapominają o tym podstawowym prawie koncertowej estrady, które jest jednocześnie probierzem kultury i profesjonalizmu każdego artysty.
Sześć arii w interpretacji van Dama, to obok wspaniałego pokazu sztuki wokalnej jednocześnie wirtuozowski koncert estradowego aktorstwa w najprzedniejszym stylu. Trzy postacie z arcydzieł Wolfganga Amadeusza Mozarta - Leporello (Madamina, il catalogo e questo), Figaro (Non piu andrai) i Hrabia Almaviva (Hai gia vinta la causa...) - każda inna z wyraziście zarysowanymi cechami osobowości, choć wszystkie zawarte w ramach tej samej genialnie klasycznej mozartowskiej frazy. Dalej dwie postacie wyjęte z najczystszego stylu francuskiej liryki operowej - Lakme Delibesa oraz Piękne dziewczę z Perth Bizeta. Tutaj brzmienie głosu artysty staje się jeszcze bardziej miękkie, pełne legata i zróżnicowanego kolorytu. Na koniec popularna „Plotka” Don Basilia z Cyrulika sewilskiego - rossiniowski styl van Dama był precyzyjny i elegancko komiczny, całkowicie pozbawiony tanich efektów, tak często nadużywanych właśnie w przypadku tej arii. I wreszcie jeszcze dwa błyski wielkiego talentu artysty - już na bis - brawurowo wykonana serenada Mefista z Potępienia Fausta Berlioza oraz aria króla Filipa z Don Carlosa Verdiego. Dodajmy, iż tę ostatnią arię wykonał José van Dam w najpopularniejszej, włoskiej wersji, choć jeszcze wspanialszą jego kreacją tej postaci stworzył moim zdaniem w pierwotnej, francuskiej wersji dzieła Verdiego, na scenie paryskiego Théatre du Chatelet i utrwalonej w wersji płytowej i video.
Jose van Dam i Maciej Pikulski podczas koncertu w Warszawie
foto: Juliusz Multarzyński © 2003
Sztuką wokalną José van Dama fascynuję się od wielu lat, podziwiam go właśnie za te wszystkie cechy jego artyzmu i profesjonalizmu, które zademonstrował po raz kolejny podczas warszawskiego recitalu. Van Dam należy bez wątpienia do grona muzyków, których styl wykonawczy i estetyczne preferencje wykształciły się przede wszystkim na bazie korzeni kultury północnej i środkowej części naszego kontynentu. Krzyżują się i wspaniale sumują w jego sztuce te wszystkie cechy, które od stuleci budowały tradycję kulturalną tej właśnie części Europy : powaga głębia, pewien intelektualizm kultury niemieckiej i franko-flamandzkiej, elegancki, wyrafinowany sensualizm i kontrolowany emocjonalizm sztuki francuskiej dobarwiony często temperamentem i kolorytem południa choćby poprzez muzykę Rossiniego, Verdiego, a nawet w pewnym sensie Mozarta. José van Dam posługuje się tymi wszystkimi bogatymi i zróżnicowane elementami warsztatu artystycznego w sposób pewny i absolutnie skuteczny.
I jeszcze jedna refleksja nie bez znaczenia - niezwykła skromność, elegancja i dystynkcja tego wielkiego artysty na estradzie i kontakt z publicznością pozbawiony jakichkolwiek cech taniego gwiazdorstwa. To był wieczór prawdziwie wielkich doznań artystycznych, który długo będziemy pamiętać.

Wiktor A.Brégy